Samotność, Matylda i kurz

~

Pucu! Pucu! Chlastu! Chlastu!

Nie mam rączek jedenastu,

Tylko cztery ssawki małe

Na okruszki doskonałe!

~

Od prawie dekady dwupiętrowa kamienica stała pusta i jak to mają w zwyczaju budynki pozbawione gospodarza i wypatroszone z ludzkiego ciepła – niszczała. Niszczała powoli: garbiąc się i nachylając nad jezdnią, jakby pragnęła by ktoś ją zauważył i w niej zamieszkał, gdy w wybitych jej oknach pogwizdywał wiatr niczym syrena śpiewnie nawoływała zbłąkanych przechodniów, kusiła ich bezwstydnie zrzucając tynki i odsłaniając powabnie nagie połacie cegieł – lecz próżne były te wszystkie zabiegi – od bardzo dawna nikt do niej już nie wchodził, ani też jej nie opuszczał, listonosz nie wrzucał do zardzewiałej skrzynki nawet najgłupszych ulotek wiedząc, że nikt ich nie przeczyta, jednym słowem okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że w kamienicy nikt nie mieszka, że budynek jest pusty i zniszczony, i omijali go szerokim łukiem bojąc się zbłąkanych dachówek i gołębiej złośliwości. Lecz kamienica wciąż miała jednego lokatora, o którym od dawna nikt już nie pamiętał.

~

Ma~76 (nazwana przez Starszego Pana Matyldą – od tyldy, którą miała w nazwie modelu) mieszkała w wyżej wspomnianej kamienicy, w lokalu numer sześć, jej świat kończył się wraz z granicami mieszkania, lecz zupełnie to jej nie przeszkadzało i nigdy nie zastanawiała się co właściwie znajduje się za tymi wielkimi drewnianym drzwiami za którymi lata temu na całe godziny znikał Starszy Pan i gdy wracał był z reguły bardzo zdenerwowany. Nigdy nie interesował jej wielki świat, wolała zacisze swojego mieszkania, o ludziach z zewnątrz myślała niechętnie, pomna na to co mówił staruszek:

„Tam na dole, Matyldo, też jest życie, może nawet i bogatsze, ale bagno i brud o niebo większe niż tu, w zacisznej samotni, tam zła i niechętna niczemu tłuszcza spędza cały czas jakim dysponuje mordując się wzajemnie, zdradzając, kradnąc i oszukując, czyniąc rzeczy złe i plugawe, a serca ich są zakurzone i brudne, z pokolenia na pokolenie żyją w ten sposób degenerując się powoli lecz nieubłaganie, a życie ich jest podłe i jałowe. Nie ma tam szczęścia. Z kurzu powstali i w kurz się obrócą.”

Ma~76 była samobieżnym odkurzaczem, wyposażonym przez matkę fabrykę w rozmaite ssawki, turboszczotki, szmatki i całą gamę bardzo skutecznych pucowałek i końcówek polerujących – wszystko to dwie dekady temu z całą pewnością musiało zapierać dech w piersiach każdej nowoczesnej pani domu, lecz dziś Matylda była już stara, często targały nią ataki kaszlu, w czasie których z jej chorego wnętrza unosiły się obłoki roztoczy, ciążył jej od dawna nieopróżniany pojemnik na paproszki, a małe spalinowe serce pracowało nierówno, prychając to błękitnym, to czarnym obłoczkiem, ale wciąż starała się dbać o powierzone jej powierzchnie.

Odkąd dziewięć i pół roku temu Starszy Pan potknął się i upadł, uprzednio wyrżnąwszy z impetem głową o kant masywnego stołu, wydając z siebie głuche i ostatnie stęknięcie, nie widziała nikogo więcej, żyła sobie całkiem sama i nie przykładała się do odkurzania tak dokładnie jak wtedy gdy wiedziała, że ktoś będzie cieszyć się z wyników jej pracy, przestało jej zależeć na dokładności, a coraz bardziej rozregulowane algorytmy sprawiały, że pobieżnie jedynie odkurzała wytarte dywany, ospale wywijała potem szmatką próbując zetrzeć kurz z biblioteczki, ostrożna i dokładna była jedynie przy kryształowej karafce z resztką ulubionej przez Starszego Pana pigwówki, której nie zdążył przed niefortunnym upadkiem wypić, nawiasem mówiąc, karafka ta była ostatnią rzeczą z kredensu której Matylda jeszcze nie potłukła swymi rozregulowanymi chwytakami, a po wykonaniu tych zaprogramowanych czynności, po każdym cyklu sprzątalniczym ostatni kwadrans poświęcała odkurzając, polerując i pucując czaszkę zmarłego właściciela, czesząc chwytakiem do ściereczek w wymyślne zakrętasy te resztki jego włosów, które jeszcze jakimś cudem trzymały się żółtej kości. Robiła to bo chciała żeby Starszy Pan ładnie wyglądał a także dlatego, że go po prostu lubiła. Po zakończeniu tych czynności siadała ze szklaneczką benzyny w starym, wygniecionym, lecz niezwykle wygodnym fotelu, stojącym obok wielkiej donicy z resztkami wybujałej niegdyś palmy, dziś już tylko suchym brązowym wiórem, rachitycznymi łamańcami wznoszącym się z suchej jak pieprz ziemi i przeglądała ciągle ten sam stary katalog ze sprzętem AGD, w którym były zdjęcia jej przodków. Potem zasypiała, a wtedy, gdy w mieszkaniu ustał już wszelki ruch, na jej powierzchni coraz śmielej siadały wszędobylskie drobinki kurzu.

~

pradziadek odkurzacz

Jedno przemyślenie nt. „Samotność, Matylda i kurz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>